"Enjoy life. This is not a dress rehearsal." „Ciesz się życiem. To nie próba generalna.”




środa, 14 marca 2012

Ja kontra lenistwo. Wojna światów :)

          


          Człowiek bywa leniwy. To niezaprzeczalny fakt. Może to nawet nasza nadrzędna cecha? Bo przecież wspaniale jest leżeć sobie i machać nóżką lub nawet wręcz nie machać... prawda?





Usłyszałam kiedyś, że jestem NADAKTYWNA :) zajmuję się kilkoma rzeczami poza chodzeniem do pracy ;D i jestem z siebie dumna! Bo na pracy świat się nie kończy. Ani nawet nie na telewizji <= informacja dla niezorietnowanych ;p

Mimo wszystko, jeśli się rozejrzymy wokół, widzimy, że jest więcej ludzi, którzy jednak COŚ robią... Oznacza to, że albo stosują Mój Sposób, albo mają jakiś swój*...

Mój sposób jest bardzo prosty :) mianowicie nie daję się wymówce "NIE CHCE MI SIĘ". To jest jeden z gorszych tekstów, które może wypowiedzieć Człowiek! Denerwuje mnie bardziej niż "nie wiem", bardziej nawet niż głupie, niepotrzebne przekleństwa wynikające z ograniczonej liczby znanych sobie słów... Drażni, irytuje, podnosi ciśnienie.
Nie chce mi się... cóż to znaczy??? Nic.

Oto jak to działa:

Okoliczności przyrody: błogi odpoczynek po obiadku, kołdra właśnie zaczęła idealnie przylegać do zmęczonego ośmioma godzinami pracy ciała... poduszka stała się jakaś bardziej miękka... litery książki sunął przed oczami...
Ja (sprawdzając którą to już mamy godzinę): O kurcze... trzeba wstawać...
Moje Wewnętrzne Ja (to bardziej wyczulone na dotyk pościeli): Niee... nie wstawajmy...
Ja: Ale to już czas...
Moje Wewnętrzne Ja: No to co... dzisiaj nie idźmy... NIE CHCE MI SIĘ...
Ja (z niezrozumieniem o oczach): No i?


I to jest moment kulminacyjny :) NO I CO Z TEGO, ŻE MI SIĘ NIE CHCE? To o niczym nie świadczy i do niczego nie prowadzi. Wręcz odwrotnie!

Dlatego moje Ja Właściwe po prostu ignoruje diabelskie kuszenie Ja Wewnętrznego :) Proste, prawda? Polecam spróbować. W ramach ćwiczeń zalecam Katharsis dla domu czyli MYCIE OKIEN :)
Będziecie Państwo zadowoleni... będziecie zadowoleni...



* jaki? Jaki? J a k i ? JAKI?! (nie mylić ze zwierzątkami) :)

piątek, 9 marca 2012

Rodzic - człowiek czy superczłowiek?

        


           To, że jesteśmy różni od siebie wie już co inteligentniejsza jednostka. Wiemy to lub dowiadujemy się na bieżąco. W tym miejscu mogę bez fałszywej skromności zaliczyć siebie w poczet grupy wyżej wymienionej :)
Mam jednak to do siebie, że ciągle mnie fascynują te właśnie różnice. Nie wiem czy to kwestia naiwności czy też tego rodzaju poznawania świata, które mają dzieci (wolę oczywiście dopisywać sobie tę drugą wersję :)). Ostatnio na tapecie moich rozmyślań (zaraz po wieszakach) pojawia się instytucja Rodzica.

Jesteśmy dziećmi. Niektórzy Rodzicami. A jeszcze inni i dziećmi i Rodzicami. I świetnie. Różnimy się.

Będąc dzieckiem patrzyłam na swoich Rodziców jak na Bohaterów. Przez duże B! I chyba większość dzieci tak ma (zakładając, że rodzina jest w miarę normalna). Koleżanki i kolegi zazdrościli mi ich z różnych powodów.
Potem troszkę urosłam i zaczęłam rozumieć niektóre sprawy. Rodzice pewnie też się zmienili. Wciąż byli mądrzy i wszystko wiedzieli. Prowadzili mnie tą krętą drogą jaką jest Życie, osłaniając nieco zbyt szczelnie.
Z czasem stawałam się dorosła i zaczęłam dostrzegać Rodziców wady (i nie była to już uraza za to, że nie pozwolili mi zostawać do późna poza domem czy inne takie bzdury) i słabości.
Przestali być Bohaterami. Stali się zwykłymi ludźmi. Z ułomnościami. Oczywiście, Rodzice, macie do tego prawo :) jednak za tymi przemyśleniami nasuwają mi się pewne pytania. Miliony pytań. Czy między Rodzicem i dzieckiem powinna istnieć zawsze pewna bariera dystansu?

Czy Matka i Córka mogą zostać przyjaciółkami? Takimi, gdzie Matka narzeka Córce na Ojca?
Czy też Matka powinna to sobie zostawić dla swoich przyjaciółek?
Ale czy je ma? Czy może Mamy pewnego pokolenia były nastawione tylko na życie rodzinne i zaniedbały resztę swojego życia?

Rodzic jest tylko człowiekiem? Czy też decydując się na Dzieci ludzie powinni zacząć inaczej spoglądać na Życie? Czy mimo dorastających dzieci Rodzic zawsze powinien być wsparciem? Nie oczekując nic w zamian?
Czy jako Dzieci nie wymagamy zbyt wiele od ludzi, którzy są tylko ludźmi z powodu tego, że nazywamy ich Rodzicami? A może mamy takie prawo, a oni powinni być na to przygotowani?

Wiemy, że w pewnym wieku role się odwracają. Dzieci zaczynają się opiekować Rodzicami. Czy powinno tak się dziać wcześniej?
Partnerstwo jest ważne, ale czy powinno mieć jakieś granice?

Z jednej strony czuję się zwiedziona... to jednak nie Superludzie... z drugiej strony - urodzenie Dziecka nikomu nie daje nadprzyrodzonych mocy - wiadomo...





I tak właśnie odbijam się od Ścian moich Myśli. Muszę przyznać, że mam już kilka siniaków :)
Nie wiem czy dokładnie tutaj opisałam sedno moich przemyśleń... źródło tego tekstu tkwi z pewnej rozmowie z Moją Ulubioną Koleżanką od Szarości :)

Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii!

poniedziałek, 5 marca 2012

Aż się człowiek ma ochotę powiesić, prawda?

         


          Nie... nie dlatego, że poniedziałek (o tym będzie niebawem :)). Nie dlatego, że znowu przymroziło i trzeba było rano brutalnie pozbywać się Zimy z szyb samochodów... nawet nie dlatego, że nowa kolekcja Ryłko jest piękna i tak droga...

Ogarnęła mnie ostatnio obsesja (Obsesja - piękne imię dla dziewczynki, hm?) wieszakowa. Pragnę, marzę, chcę, potrzebuję :)
I jak to u mnie często bywa - wiele stron jednej sprawy (czy to oznacza, że ja wszechstronna jestem? ;D).

Bo z jednej strony... takiego wieszaka nie widać, narzucamy ubranie i po wszystkim. Z drugiej strony... potrzebowałabym mnóstwo wieszaków do szafy, bo marzy mi się mieć wszystko powieszone na osobnych wieszakach :) z trzeciej strony ceny tychże gadżetów potrafią być mocno irytujące (nie liczę plastikowych)!
Wniosek? To dobry pomysł na prezent :) Nie wiem czy prócz mnie ktoś jeszcze chciałby dostać na urodziny wieszaki.... Jak myślicie? :)
A wybór jest ogromny... spójrzcie tylko na te cuda:






Proste acz urokliwe... nie tylko biedorneczki :)



Dla Ninja! Ha!



Dla kochających miasto...



Dla Superwomen! I może dla Supermana ;p







Powyżej seria wiosenna :)







Coś dla kawoszy!


I dla pokręconych ;)


Jedynym słowem: DLA KAŻDEGO COŚ POWIESZONEGO :)

środa, 29 lutego 2012

Roztańczone myśli moje

Myślę.

To zajmuje mi ostatnio mnóstwo czasu.
Myślę, rozmyślam, dumam...

...o szklance do połowy pustej i tej do połowy pełnej.

Myślę w pracy, myślę w domu. I w drodze też myślę.

Moje myśli tańczą... bywają zgrane... bywa, że mylą kroki...






...czasem przysiądą na chwilę ze zmęczenia...

...ale spać chyba nie chadzają...

Myśli nieposkromione, rozszalałe.




Nie, żebym narzekała... ale to bywa męczące...




natłok... gdzież ta Myślodsiewnia?!
Może to ta pogoda?
Też to czujecie?


Roztańczonych pozytywnie myśli Wam życzę :)





czwartek, 23 lutego 2012

Szaro nie znaczy źle : )




W ten deszczowy, wietrzny dzień....

Wylazł ze mnie wielki leń...



O tak... jednak odsiadując moje L4 mogę sobie pozwolić na pogłaskanie, wręcz przytulenie tego potwornego Potwora :) (dlatego Obrońcy Praw Potworów! Nie martwcie się!)
Dziś nawet się cieszę, że mam okna nie umyte, bo i tak widok zewnętrza nie pokrzepia... albo może wcale nie jest tak szaro tylko to te nasze okna.... O_O hm...

Słowem dnia powinna dziś zostać "SZAROŚĆ", "GRAY"... i już moje wewnętrzne, przekorne Ja zbiera siły do walki... Szarość? O nie! Trzeba walczyć o kolory! Niech sobie Szarość nie myśli za wiele! Przychodzi taka przygnębia...w depresję wpędza! Precz!
Ale z drugiej strony... w życiu jest miejsce na wszystko... na Radość i Smutek, na Śmiech i Łzy... na Kolory i na Szarość. Czasem nie trzeba walczyć z wiatrakami / kłodami / deszczem lejącym w twarz tylko dać ponieść się Emocjom... Wiatrom... Zewowi :) dlatego dziś będzie Szaro :) zgodnie z naturą dziś! Dla miłośników szarości. Jest ich wielu? Ja znam jedną Miłośniczkę (mrugam do niej teraz okiem!)





... jeszcze troszkę przełamane, dla tych, którzy szarość traktują jak zło konieczne...


... do rudych włosów w sam raz! I nie tylko :)


Myślicie, że wygodny?


Przydatny gadżet? :) Kojarzy mi się z wdziankami dla piesków...


modnie?


zbyt chłodne, żeby o miłości?


... nie mogłam się powstrzymać :) wiecie dlaczego?

Tak to jest z tym Szarym... niczym Czerń... pasuje do wszystkiego : ) można nim czarować, można go przełamywać pastelami, mocnymi kolorami...
Moja ulubiona szarość? Nazywam ją sobie amerykańską... uwielbiam tę szarość z której zrobione są te wszystkie dresy amerykańskich nastolatków (i nie tylko) biegających w filmach... (na żywo ich nie widziałam ;p)



Pozdrawiam z łóżkowych okopów :)
Wypiłam dziś pierwszą od tygodnia kawę (nie była szarą breją!), a to znaczy, że już jest lepiej :)



poniedziałek, 20 lutego 2012

Łóżkowe tematy



       G
dy choroba we łbie miele, ja jak ciele - hop w pościele :)


Myślę, że w takim mógł sypiać Piotruś Pan...

Przedwiośnie, pozimie czy jak tam sobie to nazwiemy. Jednak wspólnym mianownikiem dla tego okresu o różnych nazwach jest wysoki poziom zachorowalności. Nie nie... nie będę się rozpisywała nad tym, co mnie boli, gdzie mi cieknie i tak dalej :)
Od paru dni jednak żyję w okopach. Okopy pościelowe. Okopy łóżkowe. Moja nadaktywność (jaką zdiagnozował Ulubiony Kolega Zza Szybki) zdecydowanie spadła. Wykonywane przeze mnie na co dzień kursy zostały zminimalizowane do łóżko - toaleta, toaleta - łóżko, łóżko - czajnik + kubek, czajnik + kubek - łóżko...

Taa... nader spostrzegawczy już swym sokolim okiem dostrzegli częściej powtarzające się słowo klucz :)
ŁóŻkO

             ŁÓŻKO

ł ó ż k o


Łoooooooooże

I kiedy tak kursuję niczym kapitan na bezbrzeżnych wodach (tu w grę wchodzi tylko i wyłącznie wyobraźnia, bo granice bardzo wyraźnie zarysowują ściany)... myślę sobie... (kobietą przecież jestem i potrafię kilka rzeczy na raz! Ha!). I to myślenie przywiodło mnie do...





... łóżka :) bo czyż to nie wspaniały mebel? Może i być sam materac, byle gruby i wygodny :) i pielesze... pościele... kołdry, poduszki, poduchy, narzuty, koce... Czyż to nie wynalazek Szatana?? :D
Mówi się, że życie rodzinne toczy się w kuchni... ale kiedy Rodzina składa się tylko (i aż) z Niego i Niej...
O tak. W łóżku można wiele i to jest w nim piękne! Kiedyś marzył mi się stół to bilarda (może nawet to marzenie wciąż pełza po obrzeżach mojej świadomości?). Miałam nawet racjonalny plan wykorzystania owego stołu jako stołu do jedzenia (odpowiednio okryty oczywiście!), stołu do gry i łóżka do spania :)

A takie prawdziwe łóżko? To jest to!





Jest w nim ciepło.
Przytulnie.
Można się okopać przed na przykład wirusami.
Poczytać można.
Herbatkę / winko / i inne napoje można ze sobą zabrać.
Coś pysznego można (okruchy się wytrzepie lub będą na później ;p)
Film można zobaczyć.
Miłości tutaj pełno!
Zapach jedyny w swoim rodzaju.
Układy i tajemnice.
Oddechy.
Sny.
Przemyślenia.
Czasem łzy (te słone, a nie te udające, że umieją śpiewać ;p)

Pochorować też można.

I to wszystko w jednym meblu, w jednym miejscu :) fantastyczne, prawda? Niesamowite wręcz!
Czegoś na pewno nie wymieniłam... bo każdy z nas ma Swoje Łóżko :) i swoje Łóżkowe Czynności (nie te całkiem oczywiste :))...



Takiego śniadania sobie i Wam życzę ;)
Miłego tygodnia!

Have a nice week!



środa, 15 lutego 2012

Marzy mi się

         


           A dziś marzę o tym by wdrapać się na parapet. Lub na krzesło. Marzę o tym by zanurzyć ręce w ciepłej wodzie pachnącej płynem... by otuliła je piana. Marzę by powyginać śmiało ciało ze szmateczką w ręku i żeby to moje ciało było bezczelnie obmacywane przez słoneczne promienie. Oczyma wyobraźni widzę siebie mrużącą oczy przed Słońcem, które będzie się wtedy wdzierało do domu, mruczącą z rozkoszy...

Słowem... marzę o tym by umyć okna! Mam ich wprawdzie milion... ale zwykle nie muszę tego robić sama... :) dlatego marzę. Bo sposobności na razie brak... sami rozumiecie.


Takiego okna nie mam, ale pomarzyć można :) a nawet trzeba!



**********************************************************************************************************************

I obiecana relacja z "Rzezi" ;) brzmi ostro. Bo było ostro. Genialne studium fałszu ludzkiego - tak bym opisała to widowisko w skrócie.
Obsada palce lizać! Jodie Foster genialnie wpadała w furię, Kate Winslet bosko traciła cierpliwość, Christoph Walz uroczo się wywyższał, a John C. Reilly niesamowicie podawał szarlotkę.
O tak... było na co popatrzeć... te żyły wściekłości Foster mnie mnie uwiodły, bardziej niż szarlotka! 
Były wymioty, rzucanie przedmiotami, kilka ciosów, wrzaski, zgrzytanie zębami... czyli kulturalne pokojowe spotkanie czwórki dorosłych ludzi. Jakże Powierzchowność bywa słodka i urocza... ale kiedy tak zajrzeć Powierzchowności pod spódniczkę... zobaczymy gorzkość, niesmak... fałsz....

Wszystko działo się w jednym pokoju. Może i dobrze... bo możemy wciąż się łudzić, że w szerszym świecie fałsz choć troszkę się rozrzedza?

Poza tym... przykro tak potknąć się o tę opadłą kurtynę grzeczności... Prawda?


sobota, 11 lutego 2012

Wiosna w domu!

            



          To nic, że zewnętrze nie zachęca. To nic, że momentami trzeba nam siedzieć w śpiworze, żeby odpowiednio ciepło było... i że najlepiej to pod kołderką się egzystuje...
Mam jednak sposób na wiosnę w domu : ) o tak! I nie mam tutaj na myśli sałatki na talerzu ;D choć i to dobre (i zdrowe).

Wystarczy nam włożyć do wody (woda powinna się znajdować bezpośrednio w wazonie / szklance / butelce ;p) gałązki jakiegoś drzewka owocowego lub na przykład forsycji... i po już po niedługim czasie można cieszyć się zielonymi (tak, dobrze czytacie :)) listkami, pączkami kwiatów jak i samymi kwiatami :)
Polecam! Zabieg prosty, a daje tyle radości, że nawet się nie spodziewacie : )








Jeśli zaś chodzi o radość... kojarzy mi się ona nieodłącznie z uśmiechem, słońcem... ale ok, ten temat zostawmy. A mój uśmiech wywołują ostatnio pewnego rodzaju gadżety. Takie rzeczy, które pewni ludzie, zwani marketingowcami, bardzo chcą nam sprzedać :) momentami nawet zaczynamy wierzyć (lub pozostajemy w tej wierze), że rzeczywiście ich (tych rzeczy oczywiście, a nie marketingowców) potrzebujemy :) i oto kilka takich właśnie przykładów:



Łyżka z funkcją wagi (bo "na oko" to ktoś może umrzeć)




Zabawka do odkurzania wrażliwych powierzchni (bo zwykła szmatka to już nie to samo)




Ręcznik turban (bo zwykły ręcznik już się nie nadaje...)


Podstawka pod łyżkę (bo nie daj Niebiosom ubrudzić blat!)


O tak... to wszystko jest bardzo przydatne... : ) prawda? Jeśli więc nie macie pomysłu na prezent... polecam przedmioty z gatunku "przydałoby się, ale...".


*******************************************************************************************************************

A, żeby nam nie było za dobrze... wniosę odrobinę niepokoju w Wasze dusze polecając Wam film... mroczny... niosący pewne obawy... będący obawą...
"Musimy porozmawiać o Kevinie" to film o matce. O matce i jej relacjach z synem. O trudnych relacjach. Bo czyż każda z nas musi być matką? Czyż każda z nas nadaje się do tego? Pragnie tego?
Oczywiście film można odebrać różnie... jednak niezaprzeczalne są jego zalety w postaci świetnego doboru aktorki głównej roli. Tilda Swinton zawsze robi na mnie wrażenie. Czy to kampanią reklamową czy filmem... i te wrażenia są różne! Pociągające, prawda? Jest nieprzewidywalna. W roli mrocznego... demonicznego Kevina Ezra Miller. Jego spojrzenie powoduje fizyczny ciężar... fizycznie czuje się przygniatanie do podłogi... kolana się uginają...
Był też John C. Reilly (znany ostatnio z "Rzezi" <-- o tym następnym razem), jednak ten pan nie robi na mnie w ogóle wrażenia... a może takie właśnie ma role? Hm?
Trudne macierzyństwo, trudna miłość, trudny film. Oczywiście gorąco polecam : ) Może nie do chipsów i piwa... ale warto! Chipsy mogą poczekać : )




środa, 8 lutego 2012

Odkrywanie Oczywistości i Moc Sprawcza




Jest środa. Godzina 11 23. Piję kawę. I nagle poczułam uderzenie. Uderzyła mnie myśl. Myśl o moim poniedziałkowym odkryciu. Wiedzieliście, że nawet jeśli ktoś zwie się Siostrą, Bratem, Mamą.. Wujkiem... obojętnie... nawet jeśli ktoś jest naszą Rodziną... to nic nie znaczy!? Już wyjaśniam.

No bo co z tego, że więzy krwi? Cóż z tego, że wspólna Mama lub Tata? Lub oboje :) Zupełnie nic...
Do poniedziałku żyłam w przekonaniu, że to coś wielkiego. Niesamowitego... I owszem, chciałabym, żeby tak było, ale nic na siłę... Do tanga trzeba dwojga. Prawda?
Jeśli Los / Przypadek / Coś Innego sprawiło, że nie jesteśmy w żaden sposób bratnimi duszami... to nawet jeśli krew w naszych żyłach płynęłaby błękitna (!) to nic z tego! Nic! Null, zero.

Może większość z Was już o tym wiedziała... (ja często odkrywam oczywistości... najczęściej jednak bardziej radosne, niż ta, o której piszę), ale ja nie... nawet przez myśl mi to nie przeszło...

Dlatego czuję się niczym źłe przygotowane Martini Bonda... wstrząśnięta i zmieszana....
Sama pośród wiedzących...



                              


No, ale, żeby nie było tak drętwo odkryłam jeszcze taką oczywistość jak zwykłą Niveę : ) która nałożona podwójnie, w odstępie czasowym, doskonale chroni moją skórę! Zwykła Nivea... kto by pomyślał? No pewnie ktoś pomyślał... ale dzięki temu ja mam swoje odkrycie ;p

I jeszcze coś niesamowitego. Wiedzieliście jaką Moc Sprawczą ma... Michałek? Nie Wiśniewski, ani nawet nie Żebrowski. Bajor też nie. Anioł też nie.
Słodki... czekoladowy... podarowany w najmniej oczekiwanym momencie :) wyciągnięty z szuflady niczym królik z kapelusza! Tyle, że po zjedzeniu sierść w ustach nie pozostaje :P Wywołuje uśmiech :)

Dlatego poproszę o kolejnego Michałka :)


                                


 


sobota, 4 lutego 2012

Życie jest proste, prawda? / Life is easy, isn't it?




          Czy zastanawialiście się ostatnio nad tym kto jest Wrogiem Numer Jeden Człowieka? Bo to, że najlepszym jego Przyjacielem jest pies / wypchany portfel / ciepłe łóżko, wiadomo od dawna :) jeśliby stwierdzić, że to Człowiek jest największym wrogiem Człowieka... hm... bylibyśmy bardzo blisko prawdy. Jednak czy to nie my sami jesteśmy często swoimi wrogami? Świadomie lub też podświadomie sami sobie utrudniamy Życie. Jesteśmy dla siebie niemili. Nie głaszczemy się ani mentalnie ani fizycznie. Nie rozpieszczamy się... wręcz odwrotnie... katujemy się "powinnam", "nie powinnam", "muszę", "nie mogę", "ale".
Ja sama jestem mistrzynią w Udręczaniu Się Podświadomym (moja własna nazwa wynikająca z prostego faktu - nie podejrzewam się o masochizm).
Bo czyż nie jest proste zjedzenie czegoś dobrego kiedy ma się na to ochotę? Owszem, jest. Ale my wolimy kalkulować, analizować. Bo tuczące, bo niezdrowe... a przecież od czasu do czasu można...
Kiedy jest się zmęczonym... najprościej jest po prostu odpocząć.

Nie mam takiego wewnętrznego głosu, który by niwelował te moje dogłębne analizy. Dobrze, że mam Bliską Koleżankę... ona jest moim Zewnętrznym Głosem, Inspiracją :) Polecam szukania głosu wewnątrz siebie (ostro to ćwiczę :)) lub też na zewnątrz...

Bo czyż Życie nie jest proste?



Tęsknisz za kimś? Zadzwoń.
Chcesz kogoś spotkać? Zaproś go / ją.
Masz pytanie. Zadaj je.
Nie lubisz czegoś? Powiedz to.
Lubisz coś? Wyraź to.
Chcesz czegoś? Poproś o to.
Kochasz kogoś? Powiedz to.

Proste, prawda? A my wolimy się plątać w ukradkowych spojrzeniach, gubić w półsłówkach... domyślać się... zakuwać ręce w kajdany niedomówień i nieporozumień... Walczymy sami z sobą, przeciwko sobie...

A po co? Nie wiem.





Pokazujmy miłość.
Mówmy prawdę.
Ryzykujmy.
Pracujmy razem.
Róbmy co w naszej mocy.
Bawmy się.


Proste, prawda? : ) Dlaczego tak trudno nam stosować się do takich prostych zasad? : ) Wolimy wymyślać kodeksy, regulaminy, zasady.

A po co? Nie wiem.


A Wy? Wiecie?

niedziela, 29 stycznia 2012

Jak skutecznie zwalczać wirus Smutku?




          S
mutek jest ja Śmierć, przyczyny bywają różne, czasem niewyjaśnione i sprawiedliwie dopadające każdego. Biedny czy bogaty, singiel czy żonaty. Na szczęście jest taka drobna różnica, że ze Smutkiem wygrać możemy. Trzeba się tylko wysilić...

Bywa, że bywa ciężko... jednak musimy pamiętać, że Życie jest zbyt krótkie, aby marnotrawić je na bezwładne opadanie w otchłań rozpaczy.
Warto też mieć przygotowany zestaw Spadochronów. Choćby w postaci takiej listy Czynności Rozjaśniających Mroki otchłani rozpaczy, lub Leków chroniących przed Smutkiem. Im dłuższą listę stworzymy - tym lepiej. Zaczynajmy więc:

* spacer (najlepiej w towarzystwie, ale przecież sami również mamy dwie nogi, które w zupełności wystarczą do wyjścia),
* książka (warto mieć taką w pogotowiu, której treść znamy, bo przecież śmierć głównego bohatera, lub choroba najbliższej osoby głównego bohatera, lub też zaginięcie ulubionego chomika głównego bohatera nie poprawi nam nastroju),
* Pozytywny Napitek (kwestia smaku, gustu i pogody - kakao, herbatka, kawa, kieliszek wina, nalewki - tylko pamiętajcie - można napić się bez towarzystwa, bo niby dlaczego nie?)
* film (podobna sprawa jak z książką...)
* Coś smacznego (jedzenie to wielka przyjemność... no chyba, że ma się aparat na zębach... jednak ważne jest by pamiętać, że wirusa Smutku nie zajadamy! Nie da się!)
* dobrze jest mieć pod ręką rękę kogoś bliskiego - najlepiej ciepłą i chętną do potrzymania
* czasem warto się rzucić w wir... pracy, sprzątania... ale to zależy jakiego pochodzenia jest wirus Smutku...
* ... wir może być też zakupów, ale kwestia wygląda podobnie do wiru powyższego
* joga (lub jakikolwiek rodzaj ruchu - ruch przecież powoduje przecież wytwarzanie hormonu Szczęścia)
* dawajmy dużo, żądajmy mało (jeszcze wciąż mam zakodowane, że pomiędzy tymi "czynnościami" powinien być znak równości...)

O, od razu mi lepiej : )

Kto da więcej?? Użyjmy naszej kreatywności na ratunek potomności i pamiętajmy:

KTO MA ROZUM KRÓTKI, TEMU W GŁOWIE SMUTKI :)