To, że jesteśmy różni od siebie wie już co inteligentniejsza jednostka. Wiemy to lub dowiadujemy się na bieżąco. W tym miejscu mogę bez fałszywej skromności zaliczyć siebie w poczet grupy wyżej wymienionej :)
Mam jednak to do siebie, że ciągle mnie fascynują te właśnie różnice. Nie wiem czy to kwestia naiwności czy też tego rodzaju poznawania świata, które mają dzieci (wolę oczywiście dopisywać sobie tę drugą wersję :)). Ostatnio na tapecie moich rozmyślań (zaraz po wieszakach) pojawia się instytucja Rodzica.
Jesteśmy dziećmi. Niektórzy Rodzicami. A jeszcze inni i dziećmi i Rodzicami. I świetnie. Różnimy się.
Będąc dzieckiem patrzyłam na swoich Rodziców jak na Bohaterów. Przez duże B! I chyba większość dzieci tak ma (zakładając, że rodzina jest w miarę normalna). Koleżanki i kolegi zazdrościli mi ich z różnych powodów.
Potem troszkę urosłam i zaczęłam rozumieć niektóre sprawy. Rodzice pewnie też się zmienili. Wciąż byli mądrzy i wszystko wiedzieli. Prowadzili mnie tą krętą drogą jaką jest Życie, osłaniając nieco zbyt szczelnie.
Z czasem stawałam się dorosła i zaczęłam dostrzegać Rodziców wady (i nie była to już uraza za to, że nie pozwolili mi zostawać do późna poza domem czy inne takie bzdury) i słabości.
Przestali być Bohaterami. Stali się zwykłymi ludźmi. Z ułomnościami. Oczywiście, Rodzice, macie do tego prawo :) jednak za tymi przemyśleniami nasuwają mi się pewne pytania. Miliony pytań. Czy między Rodzicem i dzieckiem powinna istnieć zawsze pewna bariera dystansu?
Czy Matka i Córka mogą zostać przyjaciółkami? Takimi, gdzie Matka narzeka Córce na Ojca?
Czy też Matka powinna to sobie zostawić dla swoich przyjaciółek?
Ale czy je ma? Czy może Mamy pewnego pokolenia były nastawione tylko na życie rodzinne i zaniedbały resztę swojego życia?
Rodzic jest tylko człowiekiem? Czy też decydując się na Dzieci ludzie powinni zacząć inaczej spoglądać na Życie? Czy mimo dorastających dzieci Rodzic zawsze powinien być wsparciem? Nie oczekując nic w zamian?
Czy jako Dzieci nie wymagamy zbyt wiele od ludzi, którzy są tylko ludźmi z powodu tego, że nazywamy ich Rodzicami? A może mamy takie prawo, a oni powinni być na to przygotowani?
Wiemy, że w pewnym wieku role się odwracają. Dzieci zaczynają się opiekować Rodzicami. Czy powinno tak się dziać wcześniej?
Partnerstwo jest ważne, ale czy powinno mieć jakieś granice?
Z jednej strony czuję się zwiedziona... to jednak nie Superludzie... z drugiej strony - urodzenie Dziecka nikomu nie daje nadprzyrodzonych mocy - wiadomo...
I tak właśnie odbijam się od Ścian moich Myśli. Muszę przyznać, że mam już kilka siniaków :)
Nie wiem czy dokładnie tutaj opisałam sedno moich przemyśleń... źródło tego tekstu tkwi z pewnej rozmowie z Moją Ulubioną Koleżanką od Szarości :)
Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii!










