sobota, 3 września 2011

Must have - srast hev



                 Wszystko pięknie ładnie z tą modą. Mam na myśli to, co można na ulicę włożyć : )  Bo jakoś nie mogę się przekonać do tego co widuję czasem przypadkiem na wybiegach... Szmaty narzucone na wieszakowate ramiona "modelek". Firanki "przykrywające" płaskie miejsca gdzie kobieta miewa biust...

Lubię sobie pooglądać jak ubierają się inni. Lubię się inspirować. Szukać nowych pomysłów. Jeśli uda mi się znaleźć stylizację, która akurat przypadkiem nie została zdjęta z wieszaka sieciówki albo nie zawiera w sobie samych "trendy" rzeczy jest dobrze : ) w końcu coś normalnego... Miło jest też kiedy właścicielka szafy nie usiłuje pokazać na sobie całej jej zawartości : ) umiar i wyczucie smaku to niesamowita cnota w dzisiejszych czasach, nie sądzisz?

Jednak najbardziej drażni mnie modne ostatnio "must have". Cóż to znaczy? Kto będzie ustalał co ja muszę mieć?
Kiedyś sklepy sieciowe (marki, których ceny nie tworzą bariery przed wejściem do ich sklepów) różniły się między sobą kolekcjami... Wiedziałam, która marka jest w moim stylu, wiedziałam, że jeśli szukam czegoś sportowego - idę do sklepu X, jeśli chciałam eleganckie - szłam do sklepu Y...
Obecnie wszędzie prawie jest to samo. Z drobnymi wyjątkami... bardzo drobnymi. Ciuchy, dodatki... WSZĘDZIE TO SAMO! Pewnie dlatego tak bardzo zaczęliśmy cenić ciucholandy (pomijając cenę często dostajemy coś oryginalnego).




I kiedy już na wystawach (jednych odrębnych i różnych cech wśród tych marek) pojawiają się nowe kolekcje wiesz, co Ty must have. A potem jeszcze z każdego portalu internetowego czy bloga związanego z modą krzyczą do Ciebie, żebyś nie zapomniał/a co musisz mieć w tym sezonie... Zielony beret czy czerwone kozaczki?


Brrr...

Ja sama chyba wiem lepiej co muszę mieć... A Ty?

Aż tu nagle Ulubiona Koleżanka Z Prawej Strony uświadamia mnie, że moja nowa torebka to właśnie taki właśnie must have! Ha! Ależ mam wyczucie?! Ha ha! Wiem co muszę mieć i to mam - stan idealny ;p

wtorek, 30 sierpnia 2011

Oczami moimi / obiektywem moim czyli zupełnie nieobiektywnie - Italia





Pewnie jeszcze nie raz moje myśli będą się ślizgać pomiędzy wspomnieniami z naszej samozwańczej wycieczki. Upał dosłownie uderzał w nasze twarze. Słona woda piekła naszą skórę. Lody miały chłodzić, jednak na ochłodę najlepsze moim zdaniem są tam muzea ;p lub kościoły.

Wracając jednak do lodów... Do tej pory nie potrafię zrozumieć dlaczego ktoś kupując tam lody wybiera opcję w papierowym pojemniczku kiedy może zdecydować się na wafelek???!!! Gdzie tu sens? Dla mnie to jedna z zagadek ludzkości ;p

No i suszarki do włosów we wszystkich napotkanych łazienkach... po cóż???

Świeże figi uwiodły mnie smakiem... błękitne niebo hipnotyzowało...

Zapraszam na włoską chwilę. Co jest rzadkością, zdjęcia są robione przeze mnie : ) szału nie ma, jak to mówi Ulubiony Kolega Zza Szybki, ale na Słońce zawsze miło popatrzeć, prawda? : )
























 

















Miłego dnia!

niedziela, 28 sierpnia 2011

Krótka (albo może przydługa) relacja z tego jak i gdzie było : )




               Dokądkolwiek się wybieramy czeka nas przygoda. Jednak nigdzie kawa nie smakuje tak, jak we własnym ukochanym kubku... choćby nie wiadomo jaki ekspres poszedł w ruch : )
Dlatego też powroty są wspaniałe!


Jednak dotarliśmy do Italii... Trasa była wymyślana na bieżąco. W zależności od potrzeb, ochoty i sił.




Zaczęliśmy od Wenecji. Miasto czaruje klimatem, jednak ogrom ludzi daje się we znaki. Tłok, tłum i średnio dobre lody... niewspółmiernie smaczne do swojej ceny... Starliśmy stopy zwiedzając biegając po mieście, a i tak te kilka dni to za mało...
Po tej pierwszej fazie urlopu musieliśmy wypocząć dlatego postanowiliśmy udać się nad morze. Ruszyliśmy zatem w dół mapy. Na pewno nie chcieliśmy jechać do Rimini, ponieważ wiemy, że miasteczko stało się słynne jak Wenecja, a mieliśmy ochotę wypocząć.
I tak trafiliśmy przypadkiem do nieznanego nam wcześniej miejsca o nazwie Cesenatico. Tutaj już nie było wieży Babel jak w Wenecji : ) 99% stanowili wypoczywający Włosi. Wspaniale było ich obserwować i słuchać : ) morze miało 29 stopni... a plaża oraz wybrzeże nadawało się idealnie dla rodzin z dziećmi: 150-200 metrów w głąb morza woda po kolana... ewentualnie do pasa (mam 160 cm wzrostu, więc mój pas nie jest zbyt wysoko ;p).
Kolejnym punktem naszej wyprawy stała się Toskania : ) do teraz nie wiem jakim cudem udało nam się trafić do zabookowanej przez nas agroturystyki w Pian di Sco... serpentyny... góry... i gdzieś tam u góry czekał na nas pokój : )
Toskania poraża pięknem widoków, a muszę przyznać, że mnie mało który widok porusza.... Oczywiści wino... wieczory... komary ;p
Udało nam się zajrzeć do Sieny, która mimo iż dużo mniejsza od Florencji była przyjemniejsza i ciekawsza, przynajmniej w moim odczuciu.
Na koniec pojechaliśmy na parę dni do Florencji. I tutaj poczułam się zupełnie jakbym była w ogromnym centrum handlowym... prawie jak Sfera w Bielsku Białej, tyle, że bez dachu, bez klimy i o wiele droższa... nigdzie (mam na myśli zabytki i muzea) nie dało się wejść, bo trzeba by stać w upalnej kolejce nie wiadomo ile... Pobyt uratował ogromny targ z różnościami ; ) Obkupieni w cudownych kształtów makarony, suszone pomidory itp ruszyliśmy w stronę domu...

Co mnie zafascynowało?

* ten kraj nie powinien się nazywać Włochy, tylko Jedzenie : ) nauczyłam się jeść rukolę, próbowałam lodów o smaku ryżowym...
* wspaniale było obserwować kiedy Włosi rodzinami co wieczór zbierali się na kolacji... i dłuuugo jedli i rozmawiali... my przy nich to takie nic... choć staraliśmy się przeciągać czas jedzenia, picia i rozmów i tak daleko nam pozostało do mistrzów : )
* z jak wielu krajów ludzie zjeżdżają się do różnych miejsc... wspaniale było słuchać tylu języków stojąc w kolejce do wieży widokowej
* moda! Ciuchy! Moimi idolkami stały się skośnookie panie. Strasznie spodobał mi się ich styl... (mam nadzieję zaprezentować go Wam w niedalekiej przyszłości)
* większość ze spotkanych ludzi chciało się bardzo dogadać : ) do tego stopnia, że pani w jednej restauracji przyniosła nam słownik angielsko-włoski!! To był wspaniały pomysł!
* poznaliśmy bardzo ciekawą stronę gdzie można zabookować pokój. Często ceny są wiele niższe niż gdyby bookować na stronie samego hotelu, a liczne opinie pomagają podąć decyzję : )


Co mnie rozczarowało?

* Florencja jednym słowem. Co z tego, że z jednego rogu krzyczy do mnie Prada, a z drugiego Gucci kiedy nie mogę wejść do muzeum, bo musiałabym się usmażyć niczym sadzone jajo na patelni? Trudno też o normalny sklep, żeby wodę kupić...
* przewodnik, który kupiliśmy. Grunt to dobry wybór... nam się nie udało i nasz przewodnik opisywał pokrótce (a raczej byle jak) zabytki, za to wymieniał doskonale knajpy i hotele... i wiem, że to też ważne... jednak gdyby to chociaż były miejsca gdzie można zjeść coś niesamowitego... z Włochami... Macie do polecenia jakieś wydawnictwo? :)
* nie w każdym hotelu podają smaczną kawę.... o zgrozo!

Nie starczyło nam czasu i sił, żeby zobaczyć to wszystko co chcieliśmy... Upał był tak niemiłosierny (nawet Włosi narzekali), że po godzinie, dwóch zmęczenie brało górę... (a mówiono mi, że jestem nadaktywna ;p). Żołądek mam stanowczo za mały!!! A tyle pyszności nawet nie tknęłam...

Jednak jestem pewna, że ja tam jeszcze wrócę : )

Tymczasem wracam do siebie, do swojej rzeczywistości, do swojej kawy i łóżeczka, do pracy, do zajęć, do doktora Cala Lightmana ;D... Pogoda mi sprzyjała, bo dałam radę wysuszyć cztery pralki prania! Ha!


Udanego tygodnia Wam życzę : )





P.S. Myślę, że parę zdjęć Wam pokażę, jednak najpierw muszę je troszkę uporządkować : )
P.S. P.S. Przygotuję też małe co nieco w ramach podziękować : )
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...