piątek, 15 lipca 2011

Kurde bele... znowu muszę iść na wesele...

              


                Niektórzy to potrafią trafić jak łysy grzywką o kant kuli... oj potrafią : ) i tak właśnie trafiła Miss Weg zapraszając mnie do "weselnej" zabawy... opis wymarzonej sukni ślubnej... i tego typu rzeczy...
Wszystko pięknie ładnie, ale ja nie marzę o sukni ani o weselu... wręcz przeniwnie... jutro muszę* iść na wesele i już na samą myśl szlag mnie trafia... dla mnie takie dłuuuugie przyjęcia to strata mojego czasu...
Tak, jestem weselnym malkontentem : ) przyznaję się do tego.

Dlatego też to co myślę na tematy ślubne bynajmniej lukrem opływać nie będzie... ba! Nawet polewą wiśniową nie...

Od razu zaznaczę, że nie jestem mentalną zgorzkaniałą starą panną. Może i Męża nie mam, ani też nawet pierścinka zaręczynowego, ale ból nieposiadania przeze mnie nie przemawia : )



                                  


I tak, nie marzę o sukni ślubnej, ponieważ uważam za stratę pieniedzy kupno sukni na JEDEN dzień za X pln... wolę te pieniądze wydać na inne ciuchy, w których będę chodzić.
Jestem niewierząca i nienawidzę hipokryzji, dlatego też kościelne szopki w moim przypadku odpadają (z całym szacunkiem dla wierzących). A już jak widzę osoby, które bynajmniej do Kościoła nie biegają i nagle postanawiają w obliczu Podobno Wyższego połączyć się węzłem... to śmiać mi się chce... przecież marznie zagrania księżniczki z sukni jest ważniejsze niż wiara... i uczciwość wobec siebie...
Ale nic to.. potem jest przyjęcie... które najczęściej musi trwać długo... i z którego najczęściej wyjść nie wypada (nie znoszę stwierdzenia "nie wypada", chyba jeszcze do niego nie dojrzałam) przed północą... i tak traci się cały dzień... dużą ilość snu... lub też dużą część książki, którą można było przeczytać...

I żeby nie było... mam wizję swojego Ważnego Dnia : ) ślub cywilny, sukienka w moim stylu... nie jakieś welony, treny, białe szpilki i inne tandetne zwykle dodatki...


 
                                                 


Przyjęcie dla najbliższych, w granicach rozsądku bez tych niby tradycyjnych zabaw, w których tak naprawdę chyba nikt nie chce uczestniczyć...
Marzy mi się, żeby zawiózł nas Mini Cooper... a nie jakaś limuzyna czy bryczka czy co tam...


                                              


Normalna muzyka w tle... Marzą mi się też piękne zdjęcia...

Może i to będzie najnudniejsze wesele świata... ale będzie moje : ) tak przynajmniej zapatruję się na to dziś. Tu i teraz.
Być może mi się odmieni... kto to wie?


                               


* muszę, ponieważ Bardzo Mądry Męzczyzna tak bardzo konsekwetnie odmawiał (jako, że one też nie chce iść), że aż powiedział, że przyjdziemy... (męska konsekwencja górą ;/ - już wiem kto będzie rozpieszczał nasze ewentualne dzieci....)


poniedziałek, 11 lipca 2011

Jeśli ja potrafię to upiec - Ty tym bardziej : ) czyli rzecz o drożdżówce z owocami

               

         M
uszę przyznać, że mam pewne obiekcje do tekstów - przepisów kulinarnych... Gotuję częściej niżby na to wskazywały odnotowywane tutaj dania. Owszem, z założenia gotuje Bardzo Mądry Mężczyzna, jednak i mnie zdarza się coś przyrządzić lub też (częściej) upiec. Rzadko jednak o tym piszę, bo tak sobie myślę... co też biedny Czytelniku możesz zrobić po przeczytaniu tego teksu? Napisać "wygląda smakowicie" o ile umieszczone jest zdjęcie? Przełknąć ślinę i postanowić, że spróbujesz swoich sił? Albo po prostu nie przeczytać... : )
A ja lubię kiedy się mnie czyta.... oj tak...

Mimo wszystko dziś zamierzam opisać jak robię ciasto drożdżowe : ) (tutaj szansa dla tych, których to nie interesuje na przelecenie wzrokiem do samego dołu, a nuż coś tam się znajdzie....). Zdjęć nie będzie, ponieważ nie potrafię ich robić... a po co zniechęcać ochotników? :p

Słyszałam gdzieś, że ciasto drożdżowe jest bardzo trudne do zrobienia... dementuję te plotki!!! Jeśli ja potrafię je przygotować i ludzie nie giną po zjedzeniu kilku kawałków, to każdy potrafi! : )

Przejdźmy więc do meritum... niczym Maciej Maleńczuk...

Do upieczenia pysznego ciasta drożdżowego potrzebuję: niecały kilogram mąki tortowej, szklankę mleka, trzy jajka, około dwunastu dużych łyżek cukru (jednak różnie to bywa - czasem więcej, czasem mniej - szczegóły poniżej), szczypta soli, 1/3 kostki masła, dwie łyżki oleju, pół paczki drożdży (50 gram), dowolne owoce, miska, łyżka, garnuszek, blacha ; ) no i piekarnik.... podłączony do prądu ; )

Faza pierwsza:


Przygotowuję owoce. Jeśli są to wiśnie lub czereśnie - dryluję i odcedzam... zbyt wiele soku nie doda ciastu uroku ;p
Faza druga:

W garnuszku podgrzewam jedną szklankę mleka (powinno być letnie, nie gorące). Rozpuszczam w niej pół paczki drożdży (50 gram), dodaję 2-3 duże łyżki cukru i jedną łyżkę mąki tortowej. Mieszam tak długo aż nie będzie grudek. Odstawiam na bok i bacznie obserwuję (ostatnim razem musiałam troszkę gonić po stolnicy... ;p).

Faza trzecia:


Do miski wsypuję pół kilograma mąki tortowej. Następnie niczym proszku Fiu dodaję szczyptę soli i 4-5 dużych łyżek cukru (ilość cukru zależy od tego jak bardzo słodkie ciasto chcemy uzyskać... do wiśni dodaję więcej... do czereśni i truskawek mniej... z wiadomych powodów).
Do tej samej miski wrzucam jedno jajko i 2 żółtka (z białek można potem ubić pianę pod posypkę lub wykorzystać do moczenia palców, żeby łatwiej rozprowadzać ciasto po blaszce).
Na koniec rozpuszczam 1/3 kostki masła - wlewam do ciągle tej samej miski i dolewam oliwy (czyt. oleju) do ognia w liczbie dwóch łyżek : )
MIESZAM BARDZO DOKŁADNIE NA JEDNOLITĄ MASĘ. Mieszanie to ważna faza... trzeba bowiem czynić to zagarniając do środka powietrze... tak przynajmniej mnie uczono ; ) i ciągle mi się udaje!
Kiedy masa jest jednolita przykrywam miskę ręczniczkiem i odstawiam do słońca lub względnie ciepłego miejsca (w zimie polecam parapet nad kaloryferem) i czekam aż ciasto urośnie (tutaj też radzę obserwować, ponieważ przy dobrych wiarach można gonić...). Zwykle około 15-20 minut.

Kiedy ciasto urośnie wyrzucam je na wcześniej natłuszczoną (olejem lub resztką margaryny) blachę (zwykle robię na standardowej kwadratowej blaszce, którą ma każdy niemagiczny piekarnik) i wyrównuję w miarę możliwości (tutaj może się przydać białko, dzięki któremu umoczone w nim palce nie kleją się do ciasta - dla mnie bomba!).
Na ciasto, wiadomo, wyrzucam owoce : ) można we wzorki... można w nieładzie... jak kto lubi!

Faza czwarta:


Posypka rzecz święta! Najważniejsza (dla mnie...), najpyszniejsza... musi być jej dużo.... i gęsto... mniam... a przygotowuje się ją bez problemu: kostka margaryny Kasi (warto wyjąć ją wcześniej z lodówki) z cukrem (około 4 łyżek, jednak tutaj też zależy to od gustu i pragnienia słodkiego) i z mąką. Mąki dosypuję tak długo aż kula nie będzie w miarę odchodziła od moich umęczonych ugniataniem rąk... : )
Kiedy mam już bryłę odrywam z niej po kawałeczku, robię małe placuszki i nakładam na owoce. Staram się dość szczelnie przykryć owoce przy krawędziach, żeby w razie zbyt dużego przyrostu ciasto nie uciekło mi z blachy : ) zawsze to jakaś zapora ;p tej posypki starcza mi na całą dużą blachę!

I tyle! Blachę wkładam do piekarnika (nie nagrzewam go wcześniej), temperaturę ustawiam na 190 stopni (mam chyba przedwojenny piekarnik... Mama Bardzo Mądrego Mężczyzny mówiła coś o 150-170 stopniach... ) i czekam : ) około pół godziny... ale wiadomo, trzeba trzymać rękę na pulsie : )

A potem już tylko cieszę się kiedy znika.... a znika zwykle bardzo szybko... nie lubię udawanej skromności dlatego przyznam, że drożdżówka wychodzi mi bajecznie! Polecam : ) w razie pytań lub uwag - zapraszam do komentowania lub pisania maili : )




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...