sobota, 13 lutego 2010

A tak wyglądałabym moja Księga Ocalenia : )


Dostałam zdjęcie od mojej Bardzo Miłej Koleżanki : ) skojarzyło jej się ze mną :P

piątek, 12 lutego 2010

P jak Pidżama, D jak Denzel

Uważam, że każdy powinien odkryć kiedyś (im szybciej tym lepiej dla niego!) swój prywatny znieczulacz... tak. Mam tutaj na myśli coś co znieczuli fizycznie i duchowo. Podejrzewam, że większość ma coś takiego, czasem tylko nieuświadomione :) ja mam uświadomione: kino (jako miejsce i w znaczeniu filmów). Mały drink też jest dobry, ale o tym kiedy indziej, bo dziś to nie będą wyznania młodej alkoholiczki...
Dziś więc po kolejnej drobnej porażce życiowej (opiszę ją kiedy zostanie przekuta w sukces :)) Bardzo Mądry Mężczyzna zabrał mnie do kina. I myślę, że biedaczek zgodziłby się nawet na "Oświadczyny po irlandzku" czy co to tam jest... albo na inną genialną produkcję :P na jego szczęście nie mam aż takich wygórowanych żądań....

Zobaczyliśmy więc "Księgę Ocalenia". Po przeczytaniu streszczenia, wiedziałam, że ambitny to ten film nie będzie, ale.... czego to się nie zobaczy dla Denzela Washingtona i Gary'ego Oldmana? I małej rólki pana Toma Waits'a? Panom szczególnie polecam aktorkę bardzo podobną do samej Jolie, czyli Mile Kunis. Młoda dziewczyna grała nawet młodszą wersję A.J. w filmie "Gia" : )
Tyle o obsadzie, która mnie zachęciła, a Bardzo Mądrego Mężczyznę nie zniechęciła... Obyło się jednak bez szaleństw artystycznych...

Film opowiada o Wędrowcu, który wyznaczył sobie cel. Bezpiecznie donieść pewną książkę (otóż i samą Biblię) w bezpieczne miejsce. Ponieważ Ziemię dotknęła zagłada (któraż to już z kolei?) wywołana przez Słońce bohater przemierza suchą, prawie martwą płaszczyznę... Oczywiście przeżywa pewne przygody... ukazuje swoje niebywałe możliwości waleczne... aż w końcu dociera do miasteczka, gdzie księgę chce mu odebrać ten Zły... (G.O. w roli szaleńca po raz któryś...)
Oczywiście następują ucieczki, walki, szantaże i to co zwykle : ) nie będę więc opisywała tego, co znacie i sami możecie dla powtórki zobaczyć.
Zwróćcie jednak uwagę na muzykę. Mnie się podobała. Zdjęcia kojarzyły mi się z tym, bo mogłam zobaczyć w "Resident evil". Muzyka z resztą też....
I generalnie cały film nie był zły.... aż do ostatniej sceny.... każdy, kto jest fanem D.W. będzie zachwycony mogąc go oglądać w białej pidżamce :P Owe wdzianko pewnie miało symbolizować pewną głębię (nie chcę Wam zdradzać jaką), ale mnie rozbawiło troszkę....

Jednak sam pomysł... walki o książkę, o wiarę... całkiem niezły. Wiara jest tam ukazana na dwa sposoby. Jest ten, który pojmuje ją prawidłowo, i ten, który chce ją wykorzystać... Zawsze tak jest. Są przecież tacy i tacy... (patrz ksiądz Rydzyk ;p - taki z niego ksiądz jak ze mnie zakonnica....)

Także film nie jest tragiczny... ale dziełem też nazwać go nie można. Obsada nie pomogła. Jednak dla ciekawych zdjęć i aspektu wiary (dla tych, który wiarą są zainteresowani w jakikolwiek sposób) warto zerknąć : )
Znaku Jakości Małej Mi nie dostanie :P ale ocenę 5 na 10 owszem.

Kto widział? Kto zobaczyć planuje? Ciekawa jestem Waszych wrażeń :)



 
Zdjęcia znalezione w Sieci

P.S. Whisky z colą bez gazu... to nie to samo co whisky z colą gazowaną...

czwartek, 11 lutego 2010

Lubić swoją pracę - jak to jest?

No i jednak Pan Kret miał rację... Pada. Prószy. Sypie. Opada. Bieli. Śnieży.
Zatem za oknem mam już biało. Na szczęście wokół wiszą mapy :) każdy kraj na inny kolor... i tym sposobem mam kolorowo i nie jest monotonnie. I wyobraźnia czasem bardziej we Włoszech jest lub w Hiszpanii niż tutaj w naszym biurze. I zamiast kawy przy pracy, papierach moich kochanych i szybkim klikaniu piję kawę przy małym stoliczku w promieniach delikatnego słońca Rzymu... a przechodzący koledzy i koleżanki już nie mkną w obowiązkach tylko zmieniają się w przechodniów i turystów... :) nerwowe krzyki znane w spedytorkim fachu zastępowane są pokrzykiwaniami sprzedawców w wąskich uliczkach...

Wyobraźnia bardzo ważna rzecz :) oczywiscie jeśli sie ma czas... bo brak czasu zabija Wyobraźnię i jej możliwości. Zbyt duża ilość czasu też jej szkodzi... bo jak się rozgalopuje... to nie potrafimy jej zatrzymać :)  i skutkuje to wymyślaniem bzdur różnotematycznych.

No, ale na pogodę nie ma co narzekać. Przecież mamy zimę. Więc śnieg, biel, zimno nie powinno nikogo dziwić. Przynajmniej w naszej sferze klimatycznej....

Jednak nie o pogodzie chciałam pisać. Bo jeśli się czegoś nie może zmienić, trzeba zmienić temat :) Prawda?
Zmieniam więc.
Praca. Doszłam jakiś czas temu do wniosku, że lubienie swojej pracy, to wielkie szczęście. Wstaje się rano i pierwszą myślą nie jest "!#$^&^**&^(^%)##!!!!". Wtedy droga do pracy tak nie mierzi... 8 godzin szybko zlatuje : ) Pieniążki na konto popłyną w miarę regularnie...
Wiadomo, są dni lepsze i gorsze. Wypłata wyższa lub niższa. Jednak starajmy się cieszyć swoja pracą  : ) szukajmy jej plusów!

* ciepłe biuro (baaaaaaardzo ważne! szczególnie dla ciepłolubnych),
* miła muzyczka w tle (najczęściej, bo gusta muzyczne, jak każde, różne bywają),
* codziennie nowe informacje, nie tylko z pracą związane ;)
* rozwój,
* przygotowanie wspólnych hot-dogów :P
* ekspres do kawy!
* dostęp do Internetu i GG
* śpiewający koledzy
* sama praca jest dla mnie interesująca,
* papiery, cyferki, literki....

(listę można by wydłużyć, ale... jeszcze ktoś niepowołany przeczyta :P rozumiecie sami... )



Oczywiście, każda praca (jak wszystko), ma swoje minusy (więcej lub mniej)... drażniące kwestie... ale po co się ich doszukiwać?
Ja się cieszę idąc, jadąc do pracy, cieszę się będąc w pracy i wychodząc z pracy : )

wtorek, 9 lutego 2010

Prezenty z drugiej ręki

Tygodnik Forum uważam za ciekawą gazetkę, a że układ mam z kolegą z pracy i przynosi mi regularnie przeczytane (kupować więc nie muszę), to czytam kolejne numery :) I tak z pewnym opóźnieniem przeczytałam dziś w numerze 50tym (trochę stary już), na ostatniej stronie, gdzie znajdują się felietony, o ciekawym dla mnie zjawisku. Ciekawe i do końca sama nie wiem co o tym myśleć.



Otóż opisano tam zjawisko (podobno nowe) spowodowane słynnym już i szczęrzącym kły Kryzysie - dawanie w prezencie czegoś, co sami kiedyś dostaliśmy, ale nam się nie podoba/ jest nam niepotrzebne/ i w ogóle jesteśmy na nie.

No i teraz z jednej strony... to bardzo praktyczne. Po co ma mi się walać po domu coś czego nie używam, skoro komuś innemu może się przydać i sprawić radość? No i przy tym oszczędzam. Niby więc obie strony zadowolone... Oczywiście trzeba uważać, żeby komuś nie podarować czegoś, co kiedyś od tej osoby dostailśmy! Ale tak to już jest - nie ma korzyści bez ryzyka....

Z drugiej jednak strony... chyba byłoby mi przykro, gdybym dostała prezent "z drugiej ręki"... Bo ja uważam, że prezenty należy robić z sercem. A ten sposób wydaje mi się po części taki właśnie bez.
I być może jestem dziwna, może brzmi to infantylnie, ale.... No właśnie. Ale : )

Z trzeciej już strony... możliwe, że nawet sama nie wiem ile takich właśnie prezentów dostałam :P

I teraz... ciekawam co Wy o tym myślicie? : )

poniedziałek, 8 lutego 2010

PRAWIE jak auto z napędem na cztery koła + poduszki powietrzne

Od dawna chciałam o tym napisać, ale nie musiałam się upewnić co do prawdziwości moich "informacji". Nie mogłam jednak długo uwierzyć swoim oczom (pięknym ;p i zdrowym - niedawno przebadanym)! Bo to, że komórki (znaczy telefony) już robią zdjęcia, nagrywają filmy, głosy i w ogóle wiele innych rzeczy, jakoś już pojmuję. Przyzwyczajenie do ułatwiania sobie życia wychodzi tutaj z mojej ludzkiej całkiem natury :)
Samochody otwierane pilotami, drzwi na piloty, to też już przyswoiłam. Nawet dziś będąc na małych zakupach zastanawiałam się czy gdyby nagle przestały działać drzwi na czujnik ruchu, nie wpadłabym na nie i nie rozbiła (siebie lub drzwi tychże)? Bo już ta szanowna książęcość ze mnie wychodzi, że nawykłam do otwierających się przede mną drzwi! I mam tutaj na myśli te sytuacje kiedy to nie mężczyzna je otwiera : ) (bo na to przecież zawsze liczyć nie można :P).
Schody same jeżdżą w górę i w dół już od dawna. Żadna nowość. Choć ja wolę te standardowe, ponieważ zwolenniczką ruchu każdego prawie jestem!
Od dawna jednak śmieszą mnie w jaki sposób producenci próbują namówić nas do kupna różnych rzeczy. Mamy już przecież balsamy do ciała, które prócz nawilżania wyszczuplają, ujędrniają, opalają, nabłyszczają i w ogóle nie wiem co jeszcze.
Dania w 5 minut, które się prawie same robią... niedługo nie będą potrzebowały naszej pomocy!
Baterie łazienkowe bezdotykowe. Trzeba się rękami namachać czasem, ale ruch to zdrowie i w końcu woda popłynie... : )

Jednak ostatnio w jednej z błogich chwil kiedy dane mi było pooglądać telewizję (swojej nie mam, więc u Przyjaciółki czasem korzystam :)) zobaczyłam coś, co mnie prawie zwaliło z kanapy (gdybym stała na nogach, zawaliłoby z nóg, gdybym stała na rękach, zwaliłoby z rąk...). Uwaga uwaga.... PAPIER TOALETOWY Z PODUSZKAMI POWIETRZNYMI! Tak zwany Air system technology ;D coby mądrzej brzmiało... bo z angielska!
Nie mogłam uwierzyć! Szukałam w internecie, pytałam znajomych! Jednak! Regina wprowadziła na rynek taki właśnie cudowny papier toaletowy : ) od razu będę się czuła bezpieczniej z tymi poduszkami ;D w razy wypadku oczywiście...

 
Zdjęcie znalezione na www.allegro.pl


Ten oto wspaniały produkt jak na razie podbija moje serce pomysłowością : ) Cztery warstwy + poduszki powietrzne! Niesamowite, prawda?

Prawie jak auto z napędem na cztery koła + poduszki... 

Czego to ci Wciskacze Kitów (czyt. producenci, marketingowcy i inni) nie wymyślą, żebyśmy kupili?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...