Nie było wesoło, nie było rodzinnie, ale za to było filmowo i książkowo (jakoś sobie trzeba radzić, prawda?)
I tak, zobaczyłam równie małowesoły i małoświąteczny film. Stary, owszem, ale wg mnie to jeden z tych filmów, którego "wiek" jest nieważny, a do tego będzie się stawał coraz lepszy z każdą mijającą chwilą. A piszę o filmie pod tytułem "Capote". Taaaa.... ciężki... lekko przybijający... idealny na święta ;p
A teraz na poważnie. Jest to film traktujący o paru latach z życia pisarza Trumana Capote. Tego samego, który napisał "Śniadanie u Tiffaniego" : ) i najpierw się człowiek zastanawia jakie to dwa różne obrazy łączą tego pisarza. Takie "Śniadanie..." i "Capote". Ja nie czytałam książki, na podstawie której powstał film "Śniadanie u Tiffaniego", ale podobno jest o wiele lepsza niż ekranizacja (zamierzam nadrobić ;)). Wiem natomiast, że wcale nie kończy się happy endem. Z tą wiedzą inaczej się ogląda "Capote".
A film jest świetny. Wiadomo - biograficzny, więc wie się mniej więcej, co się wydarzy. Ale! Główną rolę, jak zapewne wiecie, gra Philip Seymour Hoffman. Według mnie to najobleśniejszy mężczyzna jakie widziało Hollywood... Oczywiście są gusta i guściki, ale mnie ten człowiek wyglądem odrzuca. Jednak muszę przyznać, że zagrał genialnie. Stworzył taką kreację, że nie dziwię się, że dostał za nią Oscara i Złoty Glob. Ja wprost nie mogłam się napatrzeć na niego grającego swoją rolę. Nawet momentami udawało mi się zapomnieć, jak jest paskudny.
Parę lat z życia słynnego pisarza. A dokładnie o tym, jak powstawała jego jedna z najbardziej znanych książek, czyli "Z zimną krwią". Jak pojechał do Kansas, żeby obserwować śledztwo dotyczące brutalnego morderstwa, jak uczestniczył w procesie. Obserwujemy też rodzące się uczucie między nim a jednym ze sprawców (tutaj samemu trzeba sobie określić i ocenić co się widzi).
Ta, moim zdaniem, fascynacja, która nim kierowała dla mnie była trochę drażniąca. Otóż Capote pomagał więźniom szukać lepszych prawników, domagał się składania apelacji. A przecież oni byli winni!
Z mojej obserwacji tego filmu wynika, że składało się na to wiele czynników. Uczucie, chęć na pisania książki. A potem chęć jej zakończenia, co okazało się wcale niełatwe.
Bardzo dobrze dobrano wg mnie także aktora, który wcielał się w rolę "zaprzyjaźnionego" zbrodniarza - Clifton Collins Jr(na niego przyjemniej się patrzy ;P)
Film polecam tym, którzy lubią dobrą grę aktora, dobrą fabułę (którą czasem pisze życie), dobre zdjęcia.
Wiadomo, nie ma tutaj pościgów, strzelanin (prócz morderstwa...) i tego typu efektów...
Proponuję - zobaczcie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście : )



